topr-zeby-inni-mogli-przezyc

TOPR – żeby inni mogli przeżyć – Recenzja

Na wstępię musze stwierdzić, że dawno nie czytałem tak wciągającej książki. Efekt wow robi to, że w wielu z tych miejsc miałem okazję być osobiście – a to jeszcze bardziej pobudza wyobraźnię i skłania do myślenia.

Książka opowiada o historii Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, głównie skupiając się na bohaterach, czyli ludziach tworzących tę organizację, o tych, którzy są gotowi poświęcić swoje życie by inny mogli przeżyć. Jest ona przepełniona historiami z życia prywatnego jak i zawodowego ratowników. Nie brakuje w niej śmiesznych historii, ciekawostek, wielu porad, ale i dramatów osób przegrywających konfrontację z żywiołem. Przedstawiono w niej akcję ratowania dziewięciu licealistów porwanych przez lawinę pod Rysami z 28 stycznia 2003 roku, która była największą tragedią lawinową w polskich Tatrach. Jak pisze autorka i mówią sami bohaterowie – bycie ratownikiem to zaszczyt, a wejście do tego środowiska wymaga wyczucia i co tu dużo mówić – skromności. W TOPR-ze ceni się tradycję, a ta nakazuje, by młodsi koledzy podchodzili do starszych z szacunkiem. Nie ma tu miejsca dla samców alfa, prących przed siebie, nie patrząc na innych

Wciągająca i zapierająca dech w piersiach książka, której nie sposób odłożyć, przed zakończeniem każdego rozdziału. Autorka przeprowadziła bardzo dużo wywiadów z ratownikami, a ich historię powinny być przestrogą i źródłem informacji dla wszystkich wyruszających w góry. 

Strach jest i każdy kto twierdzi, że się nie boi, jest albo idiotą, albo kłamcą.

Chyba nie dziwią nikogo te słowa. Są one tak samo prawdziwe w górach, jak i poza nimi. Zawsze może trafić się ktoś, kto powie “Ja się niczego nie boję” i na tym nasza obecność w takim towarzystwie powinna się jak najszybciej zakończyć. Jak nigdy i nigdzie sprawdza się zasada: “im większy amator – tym większe pretensje, a im bardziej obyty – tym bardziej wyrozumiały”. Nie muszę przypominać pamiętnych akcji ratowania alpinistów zdobywających Morskie Oko, komentarz jest również zbędny. Ludzie, którzy naprawdę chodzą po górach, wiedzą w jakich warunkach pracują ratownicy, dlatego rozumieją i cierpliwie czekają. 

Kilka ciekawostek:
  • W Tatrach lata tylko 4 stałych pilotów śmigłowca.
  • Godzina służby tegoż Sokoła to koszt ok 12 tys. zł.
  • Kobieta, którą wyciągnięto spod lawiny i dzięki ratownikom szczęśliwie przeżyła miała tylko 16,9°C temperatury ciała!
  • Rekordowy czas jaki ratownicy poświęcili na akcję ratunkową to 18 minut!! Oczywiście od momentu poderwania Sokoła aż do chwili przekazania poszukiwanego w ręce lekarzy w Zakopiańskim szpitalu (oczywiście przy idealnych warunkach).

W górach jest zdecydowanie większa solidarność. Ludzie potrafią się zatrzymać, zapytać, czy nic nie potrzebujesz pomocy. I potrafią udzielić Ci tej pomocy lub zadzwonić po nią i zostać przy Tobie, czekając na jej nadejście. Po prostu troszczą się o słabszego, nawet jeśli jest zupełnie obcą osobą. Ta solidarność jest namacalna, a przecież są to zapewne ci sami ludzie, którzy wmieście niechętnie zajmą się potrzebującym. Dlatego mówimy, że góry uczłowieczają, bo sprawiają, że ludzie zmieniają swoje zachowania – stają się lepsi.

Mało kto wie, że droga do Morskiego Oka to dla alergików droga śmierci. Sierść i mocz koński są jednymi z najpotężniejszych alergenów, stała obecność koni na tej trasie powoduje, że te alergeny właściwie nigdy stamtąd nie znikają.

Gdy szliśmy przez te wysuszone syfony, to dopiero wtedy zobaczyłem, jak to naprawdę wygląda i pomyślałem sobie: Ja pie…… Jak myśmy to przenurkowali! Wszędzie bloki skalne, ciasne przesmyki, pod tobą, nad tobą, z boków – wszędzie ściana. Nie ma ani jednej szczeliny, ani odrobiny miejsca, gdzie można było by się choć na chwilę wynurzyć. Gdy to zobaczyłem, przestraszyłem się nie na żarty. Pomyślałem: Przecież to potrzask, pułapka, a świadomość, że w niej byłem, dosłownie mnie sparaliżowała. I wtedy dotarło do mnie, że to naprawdę jest megawyczyn! Że trzeba mieć kwadratową psychę, żeby coś takiego robić. Rzadko ma się okazję zobaczyć na sucho, jak wygląda taki syfon, i może dobrze, bo po czymś takim trzeba mieś stalowe nerwy, żeby ponownie wleźć w podobne miejsce.

To jeden z cytatów, jakie wypowiedział Andrzej Blacha – ratownik sekcji nurkowej TOPR, komandos, płetwonurek, kaskader i doskonały wspinacz. Uczestniczył w poszukiwaniach w Jaskini Bystrej, Aleksieja Petrujkica, które to poruszyły całą Europę. Ostatecznie w nocy z 14 na 15 marca 1987 roku, po miesiącu poszukiwań, ciało speleologa wyłowili francuscy płetwonurkowie, za kwotę blisko dwustu tysięcy euro.

Leje, wieje, zimno, a oni wiszą na półce skalnej albo zabezpieczają pacjenta gdzieś na stromym wzniesieniu, pilnując, żeby nie spaść z nim w przepaść. Wkłuwają się w żyły przy zacinającym deszczu, intubują, gdy siecze lodowaty wiatr, reanimują w terenie, w którym trudno złapać równowagę. Ścigają się z czasem i mierzą się z rozwścieczonymi siłami natury, zdając sobie jednocześnie świetnie sprawę z kruchości życia. Żaden film, żądna fikcja nie są w stanie oddać dramatyzmu takich chwil, ponieważ nie ma w nich najważniejszego i najprawdziwszego elementu: strachu i troski o powodzenie akcji.

Mało kto wie, że ratownicy TOPR-u ogłaszają stopień zagrożenia lawinowego raz dziennie około 18:00. Słowackie służby tymczasem robią to rano, ich komunikat pojawia się o 8:30. Tym samym ich informacje są bardziej świeże, tyle, że nie bardzo użyteczne w planowaniu wycieczki, którą planuje się co najmniej dzień przed wyprawą, a w góry powinno się wychodzić o wczesnej porze.

A jak to robią? Lawinowiec, bo tak można określić ratownika, zajmującego się przygotowaniem prognozy, wychodzi w góry, by z bliska przyjrzeć się sytuacji w terenie. Korzysta między innymi z przygotowanego zestawu pytań, zbiera informacje od kolegów w schroniskach, oraz od tych którzy idą na szkolenie lub akcję. Wszyscy bacznie się rozglądają i obserwują zmiany zachodzące w pokrywie śnieżnej oraz pogodzie.

Leje, wieje, zimno, a oni wiszą na półce skalnej albo zabezpieczają pacjenta gdzieś na stromym wzniesieniu, pilnując, żeby nie spaść z nim w przepaść. Wkłuwają się w żyły przy zacinającym deszczu, intubują, gdy siecze lodowaty wiatr, reanimują w terenie, w którym trudno złapać równowagę. Ścigają się z czasem i mierzą się z rozwścieczonymi siłami natury, zdając sobie jednocześnie świetnie sprawę z kruchości życia. Żaden film, żądna fikcja nie są w stanie oddać dramatyzmu takich chwil, ponieważ nie ma w nich najważniejszego i najprawdziwszego elementu: strachu i troski o powodzenie akcji.

Jestem przekonany, że to zakończenie przedstawiło w pigułce codzienność z jaką mierzą się ratownicy każdego dnia. Dla mnie książka jest warta poświęcenia czasu, a dla Ciebie… ?

2 Comments

  1. Michał Mackiewicz 14 marca 2019 at 12:46

    Fenomenalny blog! Nigdy bym nie pomyślał, że można o tym tyle napisać. 🙂
    A co do książki, to jestem w połowie i jakoś się nie wciągnąłem. O wiele bardziej podobało mi się “Wołanie z połonin”, ale to może dlatego, że jestem dużo bardziej bieszczadzko-beskidzki niż tatrzański. Pozdrawiam!


    1. admin 1 maja 2019 at 12:03

      dzięki za komentarz 🙂 W takim razie, muszę dodać sobie Twoją rekomendację na listę książek do przeczytania


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *